wtorek, 5 marca 2019

„Księżycowe pole” i inne karnawałowe swawole


Dzisiaj trochę nietypowo i zupełnie z innej beczki, bo o karnawale, w dodatku niemieckim  :)

 W całym współczesnym chrześcijańskim świecie, niedługo  po świętach Bożego Narodzenia rozpoczyna się  karnawał. Trwa on dokładnie od święta Trzech Króli do Środy Popielcowej.

Karnawał wywodzi się z kultów płodności i związany jest z matką ziemią. Dawniej wierzono, że wysokość pląsów i skoków tanecznych ma istotny wpływ na urodzaj. Początki tej tradycji sięgają starożytności. Średniowiecze nadało nieco inny wymiar obrzędom. Otóż po zażegnaniu tragicznej w skutki epidemii zarazy, wybuchy radości, połączone ze śpiewem i tańcami manifestowały  wdzięczność ludu za ustanie śmiertelnego żniwa.

W Niemczech karnawał znany jest jako „Fasching”. Już od adwentu odbywają się tu posiedzenia, w czasie których członkowie różnych stowarzyszeń  intensywnie obradują nad scenariuszem karnawałowej zabawy, oraz parady -  wieńczącej ten czas radości.
Przedstawienia karnawałowe prowadzi tu wodzirej, ubrany  w  charakterystyczną kogucią  czapeczkę. Poszczególne regiony mają  swoje zawołania, np: „Helau”, na Bawarii albo „Alaaf”w Kolonii.
 Wszyscy uczestnicy karnawału są poprzebierani w specjalnie do tego celu uszyte kostiumy. Dowcipy, nawiązujące do lokalnej społeczności opowiadane są w miejscowej gwarze. Waśnie sąsiedzkie, przyjacielskie nieporozumienia, sprzeczki małżeńskie, czy pokazy  mody zawsze przedstawiane są  w sposób tak humorystyczny, że można ze śmiechu boki zrywać.
Młode dziewczyny, poubierane w piękne jednakowe stroje, prezentują tak wymyślne układy taneczne, że aż dech w piersi zapiera z zachwytu. Na ich twarzach maluje się przy tym duma, że mogą  uczestniczyć w tych  karnawałowych  popisach .
Ponieważ w to wszystko zaangażowany jest też kościół, imprezy odbywają się często w domach parafialnych, a dowcipy dotyczą również lokalnych władz kościelnych.
Na jednym z występów mężczyzna przebrany za księdza opowiadał anegdotę o kocie. Ma to swoje uzasadnienie w niemieckim powiedzeniu: „Alles für die Katz”. W dosłownym tłumaczeniu słowa te oznaczają:  „wszystko dla kota”, ale jest to idiom, który należy rozumieć „wszystko nadaremnie”. A sens tego dowcipu był taki, że kot proboszcza przyszedł do kościoła i okazało się, że tylko on jeden słuchał kazania.

W czasie takich karnawałowych spotkań ludzie jedzą lokalne potrawy, piją piwo i poruszają się w takt śpiewanych słów  refrenu, siedząc na swoich miejscach i trzymając się za ręce.

W ostatnią niedzielę i poniedziałek następuje apogeum tego święta. W wielu miastach i wsiach  odbywają się pochody karnawałowe, z muzyką, z wozami pełnymi przebierańców, rzucających do  tłumu cukierkami.  
Nawet księża głoszą w niektórych kościołach wierszowane kazania, a na głowach też często mają zabawne czapeczki. 
Zwłaszcza w tym czasie, aż do Środy Popielcowej, dosłownie wszyscy ludzie są poprzebierani.  Ci, którzy spacerują, ekspedientki w sklepach, urzędnicy, dzieci i dorośli, a nawet staruszki, wszyscy kogoś albo coś reprezentują. Cała otaczająca nas rzeczywistość staje się wtedy kilkudniową baśnią.

W ostatni karnawałowy czwartek, (Weiberfastnacht) kobiety  zaopatrzone w nożyczki obcinają mężczyznom krawaty, jeśli tylko jakiś zdołają wytropić. Ogólnie panuje  radosny, pełen podniecenia, zabawowy nastrój.

I ta karnawałowa tradycja jest tak silnie wkorzeniona w mentalność niemieckiej  ludności, że niemożliwe jest, żeby ktoś nie uczestniczył w jakikolwiek sposób w zabawie.
Więc ja też, jako  truskawka, w „Księżycowym polu” (nazwa miejscowości)  byłam , piwo piłam i jedząc zwykłą bułkę z serem wspaniale się bawiłam. Czego i Wam wszystkim , kochani, życzę, kończąc tradycyjnym zawołaniem - Alaaf!!! Co podobno ma oznaczać: „małpy za burtę!”

środa, 16 stycznia 2019

Tragiczne wydarzenia w Gdańsku w konekście społecznej frustracji



 Wszyscy jesteśmy poruszeni śmiercią prezydenta Gdańska, śp.Pawła Adamowicza.
Ta niepotrzebna śmierć nas zaskoczyła, przestraszyła, i jednocześnie zmusiła do refleksji : Dlaczego? Dlaczego młody mężczyzna, stojący dopiero u progu życia zadaje cios nie tylko zacnemu Człowiekowi, jego Rodzinie czy całemu społeczeństwu, ale również samemu sobie?

Wielu próbuje na tym tragicznym wydarzeniu zbić kapitał polityczny i szukać winnych tam, gdzie ich nie ma – w działalności różynch partii. Ale czy słusznie? Czyżby morderczy akt zawierał w sobie aż tak prostą odpowiedź? Czy to jest odosobniony przypadek desperata, chorego na brak odpowiedzialności  w zarządzaniu swoim życiem?

Społeczeństwo polskie jest podzielone. Nosi w sobie poczucie krzywdy, które zrodziło się u progu odzyskania wolności, na samym początku wprowadzenia demokracji w Polsce. Wtedy to bowiem rozkradziono majątek narodowy, który, przechodząc w ręce nielicznej części społeczeństwa (będącej wtedy u władzy bądź powiązanej z nią), spowodował pogłębiającą się biedę i kontrasty.
Ukradziony majątek pomnożono. Ustanowiono prawo, w myśl którego ludzie uczciwie pracujący,  zarabiają przeciętnie tylko 2.000 zł netto. I to jest fakt powszechnie znany. Jednak nie jest powszechnie wiadome, dlaczego niektórzy urzędnicy państwowi czy inne grupy społeczne boją się  ujawnić swoje dochody? Czyż to właśnie nie ta niesprawiedliwość społeczna zasiewa zalążek desperacji? Oczywiście składa się na nią jeszcze wiele innych czynników, m.in takich jak: wulgarność języka, przykłady medialne na to, że można mieć firmę i wysoki standard życia bez wysiłku, czy choćby karanie dzieci, za to, że przyszły na świat. Z drugiej zaś strony nasuwa się pytanie: za co matki mają utrzymać swoje dzieci? Jak powinny zaspakajać ich normalne, nastoletnie potrzeby? Dlaczego niekiedy pozbawiają je życia, nie mogąc liczyć ani na ojca dziecka, ani na rodziców, ani na kościół, który dostrzega jedynie  aspekt moralny czynu? Dlaczego kierowcy rozjeżdżają przechodniów na pasach? Dlaczego zewsząd słychać tylko narzekanie na zły los... Czyż to nie „byt kształtuje świadomość”? A przecież tej zdrowej świadomości społecznej w Polsce jest jak na lekarstwo...

Niedawno odbył się proces 21-latki, która nieumyśnie spowodowała śmierć swoich współpasażerek. Oczywiście nie zrobiła tego celowo. Ona „po prostu” nie miała świadomości konsekwencji czynu, mając być może wiedzę cząstkową na temat konsekwencji, dotyczącej np: ocen w szkole, nieposłuszeństwa wobec rodziców czy przełożonych, czy jeszcze innych, jakichś zachowań. Istnieje zatem luka pomiędzy wiedzą, a świadomością czynów, która to świadomość zapada jako mądrość życiowa głęboko w serce i jest racjonalnie i słusznie przez całe życie realizowana.
Czytałam kiedyś anegdotę na temat pewnego gościa, który wszedł do poczekalni z wężem boa na ramieniu. Oczywiście ludzie przebywający tam zerwali się z ławek i rzucili się z krzykiem do ucieczki.
- Czemu uciekacie? – spytał.
- Bo pan masz na ramieiu węża boa- krzyknął jeden z uciekających.
- Wiem, że mam na ramieniu węża.
Człowiek ten posiadał zatem wiedzę. Ale czy był świadomy konsekwencji?

Jesteśmy społeczeństwem chorującym na nieświadomość. Często wypranym ze świadomych treści. Niejednokrotnie głodnym. Podczas gdy w krajach rozwiniętych o bycie stanowi ekonomia, to w Polsce o bycie decyduje partia. Najtragiczniejsze jest to, że ani państwo, ani kościół, ani inne instytucje nie dostrzegają tych luk, które zniekształcają psychikę społeczeństwa.
W Polsce jest wielu desperatów. Nie myślą oni o odpowiedzialności, ale o możliwości zaistnienia. Nie przewidują skutków tragicznej decyzji niedojrzałego, pełnego nienawiści (biorącej się z frustracji) życia.
Człowiek, który rzucił się z nożem na Pana Prezydenta, był jednym z nich. Chory psychicznie, pomijany przez instytucje pomimo, że jego wcześniejszy brak wyrażenia skruchy już był sygnałem sos - niemym krzykiem na życiowe nieudacznictwo. Jemu w gruncie rzeczy było wszystko jedno, na kogo rzuci się z nożem. Było mu obojętne, kogo zabije. Chodziło mu tylko o to, żeby zaistnieć medialnie, dlatego wybrał osobę ważną, pełniącą odpowiedzialną funkcję. I takich przypadków jest  dużo i będą istnieć tak długo, jak długo nie zostanie wyrównany rachunek krzywd społecznych. Pozostaje jedynie dziękować Bogu, że w Polsce nie ma jeszcze pozwolenia na dostęp do broni palnej – pomimo usilnych starań niektórych partii, bo ludzi rozchwianych emocjonalnie i psychicznie nie brakuje...
Czas wyciągnąć wnioski z tego wydarzenia. Czas umożliwić wreszcie młodym, często zaniedbanym moralnie i duchowo, mniej zdolnym ludziom - dostęp do nauki zawodu, po której bez problemu będą mogli znaleźć pracę, dającą możliwość godziwego wynagrodzenia, a co się z tym wiąże – godnego życia. Jest to pewnie jeden z dobrych sposobów na dobrych obwateli. Punktem wyjścia nie jest więc tu bycie patriotą czy katolikiem, ale bycie człowiekiem najedzonym, któremu będzie „się opłacało”  przetrzeganie norm społeczynych czy  przykazań kościelnych. Zamiast noża, dajmy młodym do ręki możliwość zarobienia chleba. A zamiast nienawiści - dajmy im miłość , najcudowniejszą broń do osiągania życiowych celów.

piątek, 12 września 2014

Inteligencja kontra ,,wykształciuchy"


Ostatnio szeroko komentowano zachowanie lekarza, który w wulgarny sposób odezwał się do pacjentek. W Polsce jest bardzo dużo przypadków, szczególnie wśród ginekologów, chamskiego traktowania kobiet. Częste są również doniesienia o pijanych na dyżurze lekarzach, o nauczycielach molestujących uczniów, o księżach powodujących wypadki pod wpływem alkoholu. Te wszystkie  niechlubne informacje zmuszają do postawienia pytania, co się dzieje z polską inteligencją, która wczasach przedwojennych świeciła dobrym przykładem. Ba, była autorytetem dla całego kraju. Naturalnie nie chodzi tutaj  o kompetencje, ponieważ na szczęście jest wielu bardzo dobrych specjalistów, którzy legitymują się dyplomami wyższych uczelni.  Sama wiedza jednak nie tworzy jeszcze elit intelektualnych. Do tego bowiem potrzeba nam właściwych postaw moralnych ludzi, będących na świeczniku, których dobry przykład służyłby ogółowi społeczeństwa.  Dlaczego zatem brakuje właściwych  wzorców, godnych naśladowania? Dlaczego w Polsce króluje bylejakość, a cały kraj opanowały wszechobecne przekleństwa i złorzeczenia? Czyż nie powinno się od razu rozpoznać człowieka z wyższym wykształceniem po jego sposobie mówienia, po zachowywaniu całego wachlarza dobrych manier, po jego szacunku do innych ludzi?

Proces niszczenia inteligencji  powojennej  zapoczątkowało wejście komunizmu, w którym to szybki awans społeczny zapewniały znajomości z władzami. Samodzielność i inicjatywa nie liczyła się, ważne były przede wszystkim układy. Doprowadziło to do tego, że oficer wojska polskiego czy milicjant był  uosobieniem głupoty: „ Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Ten proces się pogłębiał, szeregi inteligencji poszerzali ludzie niekompetentni,
o słabych możliwościach intelektualnych, ale służalczy, wygodni dla systemu.  Indywidualiści  pragnący realizować swoje ideały, nie przyklaskujący ideologii byli odsuwani na margines. W zakładach pracy,
w milicji, szpitalach – szczególnie wśród kadry kierowniczej – tolerowano picie alkoholu. Przyzwolenie społeczne na niemoralność zaczęło zataczać coraz szersze kręgi. Ten proces degeneracji postępował szybko. Naród degenerował się czerpiąc wzorce od warstw rządzących. Alkohol był oficjalnym środkiem płatniczym albo dodatkiem do łapówek, którą dawał każdy, kto chciał się wkupić w łaski systemu.  Studenci mieszkający w akademikach podczas libacji pili alkohol niemal codziennie.

Dzisiaj temat alkoholu jest tematem tabu;  ogólnie napiętnowany jest wszechobecny. Zakazywany na imprezach społecznych dotyka nizin moralnych w rodzinach, na spotkaniach towarzyskich i imprezach młodzieżowych. Napiętnowany przez kościół  jak najgorsze zło, wyzwala w ludziach lubieżność łamania zakazów tysiąckrotnie. Wymyka się spod kontroli i czai na każdym kroku chociaż trzymany w ryzach nie-przyzwolenia. A może właśnie dlatego? Może zagubiliśmy granicę odpowiedzialności za dorosłość? Jak wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że alkohol, który jest uznawany przez społeczeństwo
za  najgorszego wroga,  jest jednocześnie przez to samo społeczeństwo nadużywany w każdej sytuacji?  Pomimo, że ukrywany, zbiera jakże obfite żniwo w postaci ofiar wypadków . Choroba alkoholowa toczy ludzi na każdym stanowisku, w każdym wieku i w każdej grupie społecznej.  A przecież alkohol spożywany od czasu do czasu w dozwolonej ilości  nie szkodzi człowiekowi dorosłemu. Wręcz przeciwnie: poprawia trawienie i ukrwienie organizmu. Młodzi ludzie powinni nauczyć się umiaru właśnie od swoich rodziców. Zatem to nie alkohol należałoby  piętnować, tylko  pijaków. Ludzi łamiących normy społeczne i nadużywających alkoholu.

Dziecko nie rodzi się z Savoir-vivre, ani też z przekleństwem na ustach. Wszelkie zachowania, grzecznościowe czy agresywne rozwijane  są najpierw  w rodzinie.  To, co zostanie przekazane dziecku na początku jego drogi, zaowocuje później. Na temat wychowania powiedziano wiele. Czas przejść do czynów i zdać sobie sprawę, że aby wychować normalnego obywatela, trzeba uznać w dziecku pełnowartościowego młodego człowieka. Można tego dokonać jedynie poprzez wyznawanie dobra. Na pewno nie można tego zrobić wykpiwając zachowanie nauczyciela przy własnym dziecku. Jeśli młody człowiek będzie ciągłym świadkiem opowiadania sobie kawałów np. o policjantach przez dorosłych,  nie uzna on w przyszłości autorytetu służb dbających o nasze bezpieczeństwo.

Na pewno nie przekaże się również dobrych wzorców dzieciom, wykpiwając instytucje kościelne czy edukacyjne. Dobitnym przykładem patologii jest emitowany obecnie serial „Szkoła”. Przedstawione
w nim sceny wzięte z życia ukazują bezradność dorosłych na wybryki uczniów. Szkoła jako instytucja wychowawcza nie tylko nie potrafi zapobiec  chuligańskim wybrykom, ale nie potrafi również uświadomić  uczniom ich niewłaściwych postaw. Straszenie rodzicami nic nie daje, zresztą podkopując autorytet innych, rodzice, niestety podkopują również autorytet własny.


Od czegoś trzeba zacząć. Zacznijmy od uznawania autorytetów. Uznajmy, że każdy jest ekspertem  we własnej dziedzinie i  okażmy szacunek instytucjom zwierzchnim. Stwórzmy we własnych kręgach system edukacyjny, który nie będzie promował miernoty ani przyklaskiwał bylejakości, lecz będzie stawiał określone wymagania dotyczące prawidłowych zachowań.  Niech młode pokolenia wzrastają
w świadomości odpowiedzialności za dobro własne i innych. Zamiast kultywować zakazy, pokażmy im perspektywę szlachetnych  wyborów, popartą owocami naszych wartościowych i kulturalnych wzorów.
 

czwartek, 6 września 2012

"Janosikowe" dobra

          Model rodzinny w Polsce jest specyficzny. Państwo popiera ogólne przekonanie, że bez rodziny nie ma społeczeństwa i że zdrowa rodzina to zdrowe państwo, jednak system socjalny nie rozwiązuje w sposób definitywny problemów biednych rodzin. Zasiłki rodzinne nie są dostatecznie wysokie, aby mogły ulżyć doli biednych dzieci,
a pomoc finansowa sprowadza się w zasadzie tylko do wypłacania  rodzicom doraźnie małych kwot pieniężnych.
Podstawowe pensje w Polsce nie zawsze wystarczają na pokrycie kosztów utrzymania, podczas gdy  wzrastające bezrobocie i bieda nie zwalniają naturalnie ludzi  z  potrzeby  zaspokajania głodu i pragnienia  korzystania z dóbr bardziej luksusowych.
To wywołuje zazdrość i frustrację w stosunku do tej warstwy społecznej, którą stać na wszystko.
Zrodzony z niespełnionych potrzeb drapieżny kapitalizm, który jest w Polsce, wymusza pogoń za pieniądzem pochodzącym często z niechlubnych źródeł: prostytucji zarobkowej studentek czy nieletnich, kradzieży samochodów na wielką skalę, handlu kradzionymi częściami i, co gorsze, narkotykami.
Tzw. śmieciowe umowy o pracę naturalnie nie rozwiązują problemu potrzeby zaspokojenia podstawowych potrzeb, a pogłębiają jedynie szarą strefę gospodarczą.
Do problemów natury egzystencjalnej dołącza jednocześnie problem nieprawidłowości modelu wychowania w typowej polskiej rodzinie: polega on na braku zainteresowania problemami dziecka, które często pozostawiane jest samemu sobie, bądź na nadopiekuńczości. Jednocześnie system wynagradzania i podporządkowywania sobie dzieci oparty jest na pieniądzach.
Ten sposób wychowania utrudnia dzieciom wejście w samodzielne życie i nie przygotowuje ich dostatecznie do dorosłości. Zamiast pomóc dzieciom zdobyć odpowiedni zawód, z którego mogłyby się w przyszłości utrzymać,  daje się im tzw. łatwe pieniądze, uzależniając je od siebie.
W rodzinie zachodniej dziecko również otrzymuje pieniądze, jednak nie przeznacza ich wyłącznie na przyjemności. Od najmłodszych lat dziecko uczone jest szacunku do pieniędzy, z których jest rozliczane. Najpierw dostaje ono parę centów, następnie w miarę upływu lat kwota ta (ustalona przez instytucję do spraw dzieci i młodzieży tzw. Jugendamt) jest powiększana. Status materialny rodzin nie ma tu żadnego znaczenia: wszystkie dzieci dostają taką samą kwotę, żadne z dzieci nie otrzymuje drogich prezentów pomimo tego, że rodzinę na nie stać. Dzieci zdają sobie sprawę, że na pieniądze trzeba zapracować i że nikt nie otrzymuje ich za darmo.
Państwa zachodnie w sposób autentyczny pomagają rodzinom. Biedne rodziny otrzymują od państwa mieszkania socjalne, samotne matki wychowujące dzieci mają specjalne dodatki związane z rachunkami i kosztami utrzymania, powstają sklepy dla biednych, w których za 1 euro można kupić wszystkie niezbędne produkty spożywcze.
Ten tzw. spokój socjalny jest oczywiście nierozerwalnie związany z podatkami, które autentycznie zasilają kasy socjalne. System podatkowy w państwach zachodnich jest bowiem niezwykle szczelny, a wszelkie ucieczki od rozliczeń są wychwytywane i karane.
Spójność instytucji państwowych jest również powiązana z instytucjami rodzinnymi, które wspiera bardzo mocno szkolnictwo zachodnie. To w szkole dzieci dowiadują się o różnych sytuacjach kryzysowych w  rodzinach. To tu właśnie nie tylko nie pozostają osamotnione ze swoimi problemami, ale uzyskują pomoc i wsparcie przy ich rozwiązywaniu. Jeśli rodzice mają problemy wychowawcze, dzieci pozostają pod opieką instytucji państwowych.
Źródła bogactwa na zachodzie Europy wynikają z pracy, wykształcenia i zapobiegliwości, i są społecznie akceptowane. Zresztą nie ma zbyt dużych rozdźwięków pomiędzy płacami w ogóle.
Natomiast w Polsce wykształcenie nie zawsze idzie w parze ze sprawiedliwie skomponowaną płacą: zdarza się, że ludzie z wyższym wykształceniem zarabiają o wiele mniej niż ci, którzy odpowiedniego przygotowania do wykonywanego przez siebie zawodu nie posiadają. Zły system społeczno-ekonomiczny sprzyja zawłaszczaniu majątku narodowego. Powstaje patologia, która polega na tym, że bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Przeciętna rodzina polska musi się utrzymać za 1,5 tys. PLN. Paradoks polega na tym, że właśnie ta rodzina płaci największe podatki. Nie udrożniony system ściągania podatków, który odczuwają przede wszystkim biedacy, powoduje, że kasa państwowa jest pusta, ponieważ bogaci lokują zyski w dobrach luksusowych, w ten sposób pomnażając dalej jedynie własne majątki.
Jednym słowem Polsce potrzebna jest sprawiedliwość społeczna, spokój socjalny i autentyczna pomoc państwa. Chyba najbardziej oczywistym posunięciem byłaby moralność podatkowa, do której można byłoby społeczeństwo zachęcić, poprzez odebranie im możliwości kombinowania. Zawężenie przepisów prawnych z pewnością nie przysporzyłoby problemu znakomitym prawnikom, których należałoby jedynie dopuścić do głosu.
Polskie partie polityczne ciągle podają własne recepty na polepszenie sytuacji ekonomicznej.
Obiecują nawet wyborcom uczynienie z Polski "kraju kwitnącej wiśni" zamiast otwarcie określić możliwości polepszenia sytuacji Polaków poprzez likwidację złodziejstwa i korupcji, ujednolicenia płac, zrównania wszystkich wobec prawa i pokazania jedynej niezawodnej drogi do wzbogacenia się, jaką jest uczciwa praca, sprawiedliwa płaca, możliwość kształcenia zawodowego i oferty pracy po szkole, zgodne z wykształceniem. Bo od silnego prawa i równości wobec niego wszystkich obywateli zacząć należałoby rozwój Polski. Szumnie głoszona rozbójnicka zasada: odbierajmy bogatym, dawajmy biednym – jakimi posługują się różne populistyczne partie, ma na celu być może jedynie odwrócenie uwagi od istoty problemu. Tym bardziej że dopóki nie przebudujemy całego systemu prawnego, odbieranie komukolwiek jakichkolwiek dóbr w ogóle nie wchodzi w grę...




poniedziałek, 5 marca 2012

Deizacja i "detronizacja" sztuki...

Dawniej sztuka wyrażała odwieczne dążenie człowieka do nieskończoności i do zjednoczenia się z bóstwem.
Artyści koncentrowali się na wartościach uniwersalnych, a cześć oddawali bożkom, w które zresztą wierzyli.
Człowiek był odbiciem bogów, ale nie był ubóstwiany. Nawet faraonowie zdawali sobie sprawę, że bez bogów nic nie znaczą. Zaden X-siński z Egiptu nie uzurpował sobie prawa do hołdu należnego Bogu.
W obecnych czasach człowiek często dokłada wszelkich starań, aby sztuka nosiła znamiona
masochistycznych wizji, więc stara się tworzyć ją w krwawych bólach porodowych zrodzonych z nadnaturalnych doznań... Hasła o tym, że sztuka powinna szokować, obiegają świat i powodują renesans schizofrenicznych dzieł.
Im bardziej udziwnione czy pokrętne, tym lepiej. W niemieckim kościele daje się dzieciom obrazki, na których postaci świętych pokazane są w sposób pokraczny. W teatrze performence kobieta "rodzi" na scenie lalkę Barbi.
Dymiąca kupa, leżąca na plakacie, zdobywa poklask (i nagrodę). Sikające zwierzęta czy ludzie budzą uznanie, podczas gdy artyści koncentrują się głównie na wulgarnej seksualności czy  na zachwycie nad wydalaniem.
Ale nie tylko. Zdumiewa również skąpstwo niektórych wypowiedzi artystycznych: niemiecka sprzątaczka w Dortmundzie nie miała pojęcia, że czyszcząc miskę do czysta, zniszczyła dzieło znanego artysty, które przypominało połączone ze sobą drabiny, pod którymi znajdował się pojemnik z gumy na wodę. Na jego dnie utworzył się osad z kapiącej cieczy, podziwiany przez koneserów sztuki. Sprzątaczka uznała, że naczynie jest po prostu brudne... To dzieło było wyceniane na prawie 1 milion euro. Przegrało jednak w konfrontacji ze ścierką i miotłą.
 Współczesny świat cechuje liberalizm, a więc luźne podejście do wartości podstawowych. Liczy się tylko pieniądz i własne przyjemności. Obserwujemy to szczególnie w rozwiniętych społeczeństwach zachodniej Europy, np. w Niemczech.  Nawet w Kościele katolickim można spotkać modernizm, który zapewne ma na celu dotarcie do współczesnego człowieka z treściami wiary, ale jednocześnie zgodnie z zasadą, zniża się do poziomu zwykłego konsumpcyjnego obywatela i preferuje sztukę, która szokuje i jest wulgarna.


           Obraz pt: Ostatnia wieczerza jako święto życia, namalowany przez  Henninga von Gierke.
           Zdjęcie prasowe: Markus Hauck. Katedra w Würzburgu (Muzeum Diecezjalne)

W wielu kościołach niemieckich umieszcza się stacje drogi krzyżowej i inne sceny religijne, wykonane w Afryce.
W tym wypadku obserwujemy zachwyt i przyzwolenie dla prymitywizmu.
Nie mam nic przeciwko kulturze afrykańskiej, ale uważam, że  przenoszenie tej sztuki do naszego środowiska jest kpiną ze sposobu życia i biedy tych ludzi. Jeśli Afrykańczycy wyobrażają sobie Chrystusa w czarnym kolorze skóry, to jest normalne. Ale transponowanie tego obrazu na grunt europejski oddala naszą wiarę i kieruje ją na kontynent afrykański. 
Wiadomo że sztuka powinna pobudzać do refleksji i do zastanowienia się nad życiem i jego sensem. Ale są granice pomiędzy wartościami najważniejszymi dla człowieka, jak jego wiara, odniesienie do Boga czy wreszcie szacunek dla religijnych symboli a środkami wypowiedzi – nie za wszelką cenę.
Czynności wydalania czy jedzenia są naturalnymi potrzebami fizjologicznymi, które cechują każdą istotę żyjącą. Człowieka zaś wyróżnia jego intelekt, emocjonalność i zdolność do miłości.
Wydaje się, że należałoby jednak wyznaczyć granice, których artysta nie powinien przekraczać.
Sztuka nie powinna obrażać czyichkolwiek uczuć religijnych i wyszydzać symboli.
Nie powinna też "zasmakowywać" w fekaliach ani mieszać wyuzdaną nagość z sakramentalnością.
Sztuka powinna wychowywać. Chcemy przekazać młodemu pokoleniu zdrowe zasady.
Czyż młodzi ludzie nie powinni zrozumieć, że podstawową wartością każdego człowieka jest jego osobista relacja z Bogiem i z drugim człowiekiem?
Czy ideologia dorabiana do współczesnej sztuki ma na celu wyrobienie smaku artystycznego?
Wpojenie ludziom nowych zasad wartości etycznych? Czy chodzi tylko o korzyści materialne?...
A może jeszcze o coś więcej...



piątek, 11 listopada 2011

Anarchistyczno-demokratyczne obchody Swięta Niepodległości

Dziś obchodzimy w Polsce Święto Niepodległości.
Oficjalnie organizowane są różne rocznicowe uroczystości.
Na fali niezadowolenia społecznego ludzie organizują się również w grupy, aby dać wyraz swoim emocjom. Przybierają one formy manifestacji wylegających na ulice.
Z jednej strony – skrajna prawica – ludzie młodzi, ogoleni na łyso, niekoniecznie wykształceni,
głoszący hasła: Polska dla Polaków, sprzyjający neofaszyzmowi.
Z drugiej – pochód młodzieży liberalnej, najczęściej dobrze wykształconej, cwanej, żądającej
legalizacji narkotyków, eutanazji i walki z Kościołem w sensie jakiejkolwiek formy religii.
Obie postawy skrajne, nie do zaakceptowania.
Polska potrzebuje dzisiaj nowej formy patriotyzmu. Nie tej przedwojennej ani nie tej komunistycznej.
Należy patrzeć na Europę jako na wspólnotę różnorodnych ojczyzn, ale których podstawą patriotyzmu jest chrześcijaństwo. Fundament kultury europejskiej stanowi myśl filozoficzna starożytnej Grecji i chrześcijaństwo właśnie. Patriotyzm ma sens w kontekście Ewangelii: szacunek do siebie i innych ludzi, tolerancja w naszym życiu, ale jasne i konkretne wytyczenie granic dotyczących ludzkiej wolności.
Bo czyż można mówić o wolności w przypadku zniewolenia  jakimkolwiek nałogiem?...
Prawdziwy patriotyzm wydobywa z historii swojego kraju te wartości, które jednoczą naród i z których płynie jakieś przesłanie dla pokoleń. Prawdziwy patriotyzm łączy wysiłek budowania dzieł materialnych z troską o młode pokolenie i dobro rodziny.
Najbardziej tragiczne jest, gdyw państwie majątek narodowy jest w obcych rękach i de facto to nie rząd rządzi, tylko mała grupa oligarchów – ludzi, którzy skupili wokół siebie ważne gałęzie gospodarki.
Nie trudno się domyśleć, że wszelkie niepokoje społeczne i niestabilność w Polsce wynika z biedy.
Odbywające się obecnie w Warszawie manifestacje są, rzecz jasna, przejawem frustracji, a nie patriotyzmu.
Z jednej z grup wyłaniają się ludzie przegrani, bez pracy, bez perspektyw na godne życie.
A z drugiej – ludzie, którym się żyje bardzo dobrze, ale chcieliby mieć jeszcze większe przywileje, aby mieć więcej pieniędzy i wpływów.
Dzisiejsze Święto Niepodległości, na które patrzę z mojego zagranicznego dystansu, napawa mnie smutkiem.
Bo słyszę propagandę sukcesu z jednej strony, że Polska jest zieloną wyspą, kwitnącą gospodarczo w Europie, silniejszą od Niemiec, Anglii, Francji...
A widzę bezsilność państwa polskiego wobec wyjazdów młodych ludzi za granicę "za chlebem"
i widzę  rząd, który na nic nie ma wpływu i nie potrafi się zatroszczyć w żadnej dziedzinie życia
o swoich obywateli...
Bo jak wytłumaczyć paradoks zarobków w państwie, utrzymujących się na poziomie minimalnym, a cen, które daleko przewyższają ceny zachodnie?...
Czy Rzeczypospolita Polska to będzie tylko  kraj, w którym biedni będą biednieć, a bogaci będą się zawsze bogacić?...




środa, 27 kwietnia 2011

Pedofilia

Sieć internetowa na całym świecie jest filtrowana.
Ma to zapobiec wszelkiego rodzaju zagrożeniom i im przeciwdziałać.
Jednym z największych jest pedofilia, czyli wykorzystywanie seksualne dzieci, które powoduje ogromne  szkody w ich delikatnej, kształtującej się dopiero strukturze  psychicznej.
Tymczasem pedofile, odczuwając dyskomfort demaskacji, wycofują się z sieci i zrzeszają się w grupy, w których wymieniają się filmami czy zdjęciami między sobą. Do nakręcenia filmu często wykorzystują własne dzieci... I to właśnie zjawisko, ze względu na niebezpieczeństwo "wpadki" przez internet, narasta w obrębie własnych  rodzin.
Przeobrażenia ekonomiczne i pogoń za pieniądzem z jednej strony, a z drugiej również drastycznie pogarszająca się sytuacja materialna rodzin powoduje proces degeneracji socjalnej. Zarówno zapracowani, jak i co gorsza niepracujący uciekający w alkohol rodzice nie potrafią wytyczyć swoim dzieciom właściwych i bezpiecznych granic.
Dziecko pozostawione same sobie, niemające oparcia w rodzinie i molestowane przez jednego z jej członków, siebie obarcza odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację. Czuje czające się zło i je pochłania. Z drugiej strony boi się szantażu, nie chce stać się przyczynkiem do rozpadu rodziny, więc milczy ze strachu albo dla korzyści materialnych. Pedofile często robią dzieciom prezenty, zachęcając je w ten sposób i włączając do "gry". W związku z tym obecnie można też zauważyć zjawisko odwrotne: szantaż ze strony dzieci, które podejmują "złą grę".
Oczywiście nie wszyscy pedofile krzywdzą własne dzieci. Niektórzy w obrębie rodziny zachowują pozory  wzorowych ojców i mężów, a zwyrodniałe instynkty realizują, porywając w skrajnych przypadkach i przetrzymując bezbronne dzieci bądź zwabiając je do własnych domów pod nieobecność ich domowników.
Znamienne jest to, że matki pozostają nieczułe na krzywdę swoich dzieci, nie reagując na zmianę ich zachowania czy różnorodne sygnały SOS wysyłane podświadomie.
Brak odpowiednich instytucji opiekuńczych dodatkowo zamyka dzieciom możliwość zwrócenia się o pomoc.
Społeczeństwo polskie jest informowane o spektakularnych akcjach policji robiącej naloty w godzinach rannych, w różnych domach w Polsce i konfiskującej sprzęty komputerowe celem ich zbadania. Wśród zatrzymanych często znajdują się nauczyciele, politycy, księża, lekarze. Podawane są liczby rozpoznanych pedofilii, a potem następuje głęboka cisza. Nie znamy dalszych losów zwyrodnialców, którzy często pozostają bezkarni w obliczu wyroku w zawieszeniu. Całe bowiem wysiłki organów ścigania nie wystarczą, jeśli ustawodawcy, a więc rząd i sejm nie podejmą wysiłków nie tyle co do  konsekwentnego stosowania prawa wobec wszystkich przestępców, ile do zmiany systemu prawnego na rzecz bezpieczeństwa obywateli.
Pedofile, karani czy nie, istnieją dalej, a obrączkowanie ich czy kastracja farmakologiczna nie zapobiega ich złym skłonnościom ani nie wpływa na zmianę osobowości, ponieważ ich zdeformowana orientacja seksualna dotyczy przede wszystkim sfery psychicznej, a nie narządów rozrodczych.
Ponadto trzeba pamiętać o tym, że pedofile sami też zakosztowali owoców "złych" dotyków w dzieciństwie. Zostali niejako przysposobieni do egoistycznego i głęboko niemoralnego zaspakajania własnych wypaczonych potrzeb.
Karanie ich poprzez obrączkowanie, katalogowanie i kary w zawieszeniu nie daje żadnych efektów.
Przynosi jedynie ulgę pedofilowi, który zostaje zdemaskowany.
Tak więc działania "zapobiegawcze" przypominają trochę postawienie płotu, który można połamać, przez który można przejść albo z którym można się pogodzić. Prawidłowe działanie instytucji ustanawiających sankcje  prawne powinno zawierać coś więcej niż poprzeczkę, mianowicie powinno zniechęcać przestępcę do popełniania w przyszłości podobnych czynów.
Znany jest przypadek pedofila osądzonego ostatnio w Aschaffenburgu, na Bawarii. Dostał on parę tysięcy euro grzywny, nastąpiła też konfiskata sprzętu komputerowego, który wykorzystywał w niewłaściwy sposób, do niewłaściwych celów. Konkret. Nikt pedofila nie niańczy poprzez nakładanie mu elektronicznej obrączki. Wręcz przeciwnie: musi pilnować się sam, bo jest zadłużony po uszy. Nie będzie go stać w najbliższej przyszłości na prezenty dla wykorzystywanych dzieci.
Ponadto na zachodzie pieczę nad dziećmi sprawują nie tylko specjalnie powołane do tego celu instytucje i urzędy, ale również szkolni pedagodzy, którzy natychmiast wyłapują impulsy przekazywane poprzez zmianę zachowania się dziecka.

W rankingach dotyczących kary śmierci większość polskiego społeczeństwa wypowiada się "za".
Postawy radykalne stają się coraz bardziej popularne. Świadczy to o tym, jak bardzo społeczeństwo czuje się zagrożone we własnym demokratycznym  kraju,w którym władza zapewnia o spadku przestępczości, policja pokazuje na to odpowiednie statystyki, a zwykły obywatel, wychodząc
z domu, może zostać zamordowany dla telefonu komórkowego albo dla paru złotych na alkohol...
Jak wielka jest rozpacz zdesperowanych, niewychowywanych przez państwo, pozbawionych środków do życia ludzi?....